"Ja wybierając mów los, wybrałem szaleństwo" - Tadeusz Miciński
Częsty ból głowy z dnia na dzień stawał się nie do zniesienia. Codziennie rano Meg po swoim porannym rytuale musiała sięgać do szafki z lekami po Paracetamol. Poniedziałek = Paracetamol, wtorek = Paracetamol, środa = Paracetamol. Dziewczyna zaczęła wierzyć w zbawczą siłę otumaniających leków. Jeśli to będzie dalej trwało to albo się uzależni albo skończy na ostrym dyżurze z wrzodami na żołądku. Tępy ból promieniał w skroniach i rozchodził się falami bo zmęczonej twarzy. Sen nie przynosił Meg ukojenia. Był jedynie przerwą w nudnej codzienności.
"Jak dobrze że jestem sama" - pomyślała gdy schodząc do salonu zauważyła przez okno w kuchni że nie ma na podjeździe samochodu mamy. Może pojechała na zakupy. Może do psychologa albo spaceruje w pobliskim parku. To była jedna z najbardziej prawdopodobnych opcji.
Skórzana biała kanapa zapraszała ją przystanięcia i rozpostarcia na jej nóg. Miękki, wełniany koc tylko potęgował pragnienie. Pragnienie tak prymitywne. Odpoczynek, relaks. Pocałunek Morfeusza i kilka godzin w jego ramionach. Jakże to była kusząca propozycja. Jednak nie miała czasu na wylegiwanie się.'' Wybacz mi kanapo. Wybacz delikatny i kruchy świecie moich słodkich snów'' - uśmiechnęła się blado w spojrzała na lodówkę. Och biedna. Taka samotna stoi w środku pustej kuchni.Jej jedynym przyjacielem był wiecznie zepsuty ekspres do kawy i kuchenka. Wiecznie ukazywała innym swoje wnętrze, ale za to ją kochaliśmy.
"O czym ja myślę " - uśmiechnęła się do swoich wyobrażeń o lodówce. W środku znalazła resztki po wczorajszej kolacji, jogurt, sałatę, trochę jajek, sok i coś co nie przypominało niczego co już znała. Jeszcze trochę i może dostanie nóżek. "Jakież to głupie".
Wypiła sok i zaczęła się szykować na zajęcia tańca.
Od kiedy z życia Meg zniknął Ojciec musiała zapełnić po nim pustkę która z dnia na dzień robiła się coraz większa. Najpierw była ścianka wspinaczkowa, potem zajęcia z jazdy konnej, tennis, basen, nawet szachy nie pomogły zapchać tej gorejącej dziury w sercu. Mimo to wciąż szukała sobie zajęcia. Chociażby dla zabicia czasu. Zajęcia z tańca nowoczesnego i balet. Cztery godziny dziennie miała zapełnione. Dochodzą do tego dwie jeśli liczyć dojazdy. No oczywiście plus szkoła. Ten nudnawy aspekt życia zapełniał jej czas idealnie. Chociaż nie miała zbyt wielu znajomych. Plan dnia miała prawie że taki sam od poniedziałku do piątku:
6.00- balet
8.00 - 16.00 - szkoła
17:30 - zajęcia z tańca nowoczesnego
19:30 - powrót do domu
Zostawała chwila na odrobienie lekcji. Szybki prysznic i ostatecznie zostawało jej dość czasu by złapać kilka godzin snu. O 5.00 musiała wstać. Na szczęście dziś była niedziela i zajęcia z baletu są dopiero na 12:00. Była 9:14 więc miała jeszcze chwilę żeby rozkoszować się ciszą w domu. Czasami nienawidziła się za to że wciąż się okłamuję. Że jak będzie się dostatecznie starać to Tata wróci. Widziała go raz na mieście. Spacerował z jakąś kobietą pod rękę. Ona natomiast pchała wózek dziecięcy. Wszystko wydało jej się wtedy takie jasne. Szyba autobusu w spokoju przyjęła jej przyspieszony oddech i gorzkie łzy rozpaczy.
Lekcje baletu miały to do siebie że mogła na chwilę zapomnieć o problemach. Najtrudniej było jej przełknąć chwilę w szatni. Wszystkie dziewczęta i te młodsze od Meg i te starsze były od Niej dużo szczuplejsze. Dziewczyna czuła się przy nich jak brzydkie kaczątko. Niektóre dziewczyny, z grupy juniorek z dumą przechadzały się po szatni w samych stringach. Było to momenty przepełnione zazdrością i irytacją. Nie miały na sobie ani grama zbędnego tłuszczu. Pięknie wyrzeźbione mięśnie brzucha, szczupłe barki i ramiona. Idealnie zarysowane obojczyki i żebra. Nie były przeraźliwie chude, ale były wystarczająco szczupłe żeby na policzkach Meg wykwitał rumieniec wstydu za każdym razem gdy się przebierała.
Instruktorka tańca była wymagająca i dawała im nieźle w kość. Po każdych zajęciach Meg czuła sztywność w każdej komórce ciała. Dzięki surowości Panny Ellis czuła się na równi z koleżankami z grupy.
Wszyscy byli traktowani jako zespół, więc nawet jeśli nie ona popsuła układ lub to ktoś inny nie potrafił perfekcyjnie wykonać piruetu to i tak było słychać krzyki w sąsiednich salach. Gdyby zajęcia miały odbywać się w Domu Panny E. pewnie latały by talerze.
Po dwóch godzinach, które zawsze mijały zaskakująco szybko, była zadowolona. Wszystkim szło dzisiaj zaskakująco dobrze i dostali pochwałę ze strony nauczycielki. Za trzy miesiące odbędzie się występ z okazji Karnawału Zimowego. Będzie musiała zacząć się też przygotowywać w domu żeby wszystko wyszło idealnie. Nie chciałaby się wygłupić na oczach tysięcy ludzi.
Kiedy szła zmęczona ale zadowolona w stronę przystanku, podjechała po nią mama. Kochana pamiętała.
Meg uścisnęła ją gdy wsiadła ale ona spięła się nerwowo i nie odwzajemniła uścisku. Zacisnęła tylko ręce na kierownicy tak mocno że kostki jej zbielały. Kiedy Meg oparła się o siedzenie, mama wyraźnie poczuła ulgę.
-Zapnij się - rzuciła. Meg zrobiła to pośpiesznie i ruszyły z parkingu. jechały bardzo wolno. Przed nimi jakieś pół godziny drogi . Mama była skupiona na drodze więc nie było sensu jej przeszkadzać. Kolorowe liście na drzewach powoli rozpływały się w oczach. Zapach deszczu i rozmokłych liści budził w niej coś czego nie umiała opisać. Po policzku spłynęła tylko jedna samotna łza. Łza pełna bólu, złości, gniewu, zazdrości ale też radości. Zostawiła po sobie tylko ulgę i zapach ziemi wkręcający się w nozdrza. Meg pierwszy raz od jakiegoś czasu poczuła się wdzięczna za wszystko co ma. Za wszystko co ją otacza.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Rozdział dedykuje dwóm wyjątkowym osobom : Kochanej Pameli i uroczej Pandzie która mam nadzieję przeczyta to i uśmiechnie się choć na chwile.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz