"Kłóćcie się, ile chcecie , niech latają talerze, ale nigdy nie kończcie dnia bez zgody"-
Papież Franciszek
Miała wrażenie że czuje wszystkie zapachy i widzi wszystkie kolory nie tylko przez zielone soczewki. Wszystko co ją otaczało czuła sercem, które jak barwny ptak rwało się na wolność.
-Hej mamo! - rzuciła i nie czekając na odpowiedź ruszyła w stronę łazienki.
Szybki prysznic pozwolił jej znów przywrócić trzeźwość umysłu. Nogi miała jak z waty i ledwo się na nich trzymała. Żałowała że nie może wciągnąć fotela pod prysznic.Mimo wszystko niczego nie żałowała. Potrzebowała chwili tylko dla siebie.
Z łazienki ledwo doczołgała się do łóżka. Poczuła się nagle bardzo zmęczona. ''Spadek kondycji" - pomyślała i uchyliła okno. Stała chwilę przy nim ubrana tylko w szlafrok w stokrotki i wdychała ciepłe powietrze pachnące błotem, trawą i latem.
Wszystkie ubrania w szafie wyglądały bardzo podobnie. Wszystkie w odcieniach brudnej zieleni, szaroście, czarne i niebieskie. Zdecydowała się w końcu na szary podkoszulek i rozciągnięte dresy które dostała po kuzynie.
Gdyby mogła najchętniej nie ruszałaby się ze swojego pokoju. Dokuczliwy skurcz żołądka jednak dawał o sobie znać i jeśli dziewczyna nie zje obiadu będzie musiała wysłuchać wykładu o zdrowym odżywianiu i potrzebach żywieniowych nastolatków. Po raz 10- ty w tym miesiącu . Zbiegła po schodach na parter.
- Znowu jemy same ? - pytanie wypłynęło, ale odpowiedzi ze strony mamy nie było. Jak grochem o ścianę. Otoczyła się murem od kiedy Ojciec się wyprowadził. Z dnia na dzień znikł. Nie dawało jej to spokoju.
- Idę umyć ręce mamo. - rzuciła
- Dobrze - odezwała się cicho. Chyba w ogóle nie miała dziś humoru. Nie będzie jej męczyć.
Łazienka była malutka w porównaniu z resztą domu.
Białe kafelki z kwiecistym wzorem były dopełnieniem do kasztanowych szafek. Była urządzona w taki dziecinny dla Meg sposób.
Białe kafelki z kwiecistym wzorem były dopełnieniem do kasztanowych szafek. Była urządzona w taki dziecinny dla Meg sposób.
Brakowało tylko koronek i konika na biegunach a czuła by się jak w starym domu babci. Ah i jeszcze porcelanowe kurczaczki. Te ich czarne ślepia bez wyrazu były okropne. Dobrze że Babcia trzymała je tylko w kuchni a nie w łazience.
Czasami Meg brakowało babci. Były to momenty w zimne listopadowe noce i przyprószone szronem grudniowe poranki kiedy to jak była mała zanosiła babci termos z gorącą różaną herbatą i wracała do domu z ciepłymi jeszcze ciastkami. Doskwierała jej samotność po śmierci tak bliskiej jej osoby. Meg tonęła wtedy w upodobaniu do chłodnych jeszcze marcowych popołudni, do samotnych wieczorów i nie miała ochoty wypływać na powierzchnię. Rzeczywistość w której okrucieństwo było jak tlen. Nie mogła sobie pozwolić oddychać tym samym powietrzem co inni.
-Meg obiad! - zawołała mama. Wyrwało to dziewczynę z zamyślenia. Wytarła mokre ręce i wróciła do kuchni. Obie jadły w milczeniu, słychać było tylko stukot sztućców o talerze. Kurczak był pyszny. Pieczony w pomarańczach i sosie domowej roboty. Meg widziała że mama się starała. Wzruszyło ją to do głębi. Obie wciąż cierpiały. Mama straciła męża, Meg ojca, jednak nigdy jeszcze o tym nie rozmawiały. Obie brały całą winę na siebie.
- Bardzo dobry ten kurczak. - uśmiechnęła się blado do kobiety siedzącej naprzeciwko
- Dziękuję - mama odwzajemniła uśmiech, ale był to zaledwie cień uśmiechu.
- Byłaś dziś u psychologa ?
- Tak - odpowiedziała niechętnie.
- I jak było? - Meg bała się zadawać pytania. Nie chciałaby mama zamknęła się w sobie.
- Dobrze - rzuciła i zajęła się na powrót jedzeniem. Rozmowa z nią była naprawdę trudna.
- Cieszę się - dziewczyna starała się uśmiechnąć. Miała już dość. Dość udawania.
Po obiedzie zmyła naczynia i posprzątała w kuchni. Mama zamknęła się w swoim gabinecie, a Meg gdy tylko znalazła się u siebie w pokoju, padła na łóżko a jej ciałem wstrząsnął szloch. Była tak okropnie zmęczona. Łzy wielkie jak groch nie przestawały płynąć. Nie pamiętała kiedy zasnęła, ale spała snem bez snów. Powoli nastawał nowy dzień...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz